
W połowie maja 2005 wraz z twórcami strony
pojechałem na wyprawę
wgłąb Ukrainy. Naszym celem były okolice Czarnobyla. Droga prowadziła przez przejście
graniczne w Medyce, dalej do Lwowa, Kijowa, aż wreszcie dotarliśmy na miejsce.
...Ale może opowiem po kolei?
Lwów przywitał nas deszczem. Wystarczyło przekroczyć granicę, a znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie.

Do odjazdu pociągu do Kijowa mieliśmy kilka godzin. Znaleźliśmy parę chwil na spacer po mieście, oswojenie się z klimatem ciasnych, uroczych, choć często jakże zaniedbanych lwowskich uliczek.

Dość zwiedzania. W trzy godziny Lwowa i tak nie poznamy... Musimy zrobić jeszcze zakupy przed dalszą podróżą do Kijowa.

W drogę na dworzec! Przed nami cała noc podróży koleją, stąd do Kijowa jest ponad 600km. Ukraińskie pociągi na pierwszy rzut oka wyglądają, jakby pamiętały czasy Breżniewa ale muszę przyznać, że to jednyne słowa krytyki, na jakie mogę sobie pozwolić. Wagony wyglądają wprawdzie jak z poprzedniej epoki, ale podróżuje się w nich zaskakująco wygodnie, punktualnie i bezpiecznie. Jest w nich czysto, a rano można liczyć na gorącą herbatę z samowara! Za umiarkowaną kwotę można przejechać całą Ukrainę.

Wsiadamy do pociągu pełni obaw i niepewności. Właściwie nie wiemy czego się spodziewać, nie wiemy co zastaniemy na miejscu, nie wiemy czy nie przytrafią nam się jakieś komplikacje, nie wiemy czy ktoś nie zechce nas oszukać.

Wszystko nieznane, bo nikt z Polski nie przecierał przed nami tego szlaku. Autentycznie czuliśmy się jak pionierzy i w tym momencie wcale nie byliśmy jeszcze pewni czy rzeczywiście uda nam się dotrzeć w pobliże słynnego sarkofagu nr 4.